You’re nobody till somebody loves you
Och, nie. Nie chodzi o to, że jesteś zauroczony. I ciągle wypatrujesz jej oczu, nasłuchujesz, czy nie nadchodzi, a kiedy już wreszcie nadejdzie ta chwila, serce bije Ci w niebogłosy i tak szybko, że mało zawału nie dostaniesz. Cóż o niej wiesz? Że ładna. Inteligentna też, no i tak ładnie się śmieje. Co poza tym? Poza tym wstydzisz się zagadać. Ale i tak jest super, chociaż rozmawiacie pięć minut na miesiąc. Co więcej, nie dasz sobie wmówić, że jej nie znasz, prawda? Taaak, święta prawda.
Wiem, bo to przechodziłam, także czuję się uprawniona do powymądrzania się trochę. W zasadzie to fakt, jestem mądrzejsza teraz, ale to nie za moją zasługą. Tytuł notki może dość drastyczny, ale to nie mój twór a pana Sinatry, także się nie będę rozwodzić. Dałam go, bo wydaje mi się dość adekwatny do tego, co zamierzam powiedzieć.
Jestem pewna, że tymi jakże głębokimi przemyśleniami nie zmienię ani świata ani nawet światopoglądu jeśli chodzi o zauroczenia czy też zakochania (osobiście rozgraniczam te dwa pojęcia), ale to nic. Piszę nie po nic, piszę, bo “a może jednak”.
Tytuł drastyczny? Sama to powiedziałam… jednak przed chwilą naszła mnie chwila zastanowienia i stwierdziłam, że jest bardziej, niż adekwatny. Niewielu zauroczonych skacze z radości i buja w chmurach dzień po dniu. W sumie nie poznałam jeszcze takiego. Zauroczenie zazwyczaj ma to do siebie, że biedny człowiek ogarnięty jakimś szlachetnym uczuciem czuje się nim do szczętu przygnieciony i do tego uwięziony. Ale tak na amen. A takie coś boli, prawda? No, może nie sam fakt, że jesteś zauroczony, czy zauroczona. Fakt, że osoba chyba nie jest zachwycona tobą jak ty nią. Wydaje ci się, że dajesz co chwilę znać, ochjakbardzocięlubięchodźmynaspacer!, a ona (czy też on, wiadomo) to ignoruje. Niełatwo być nieśmiałym. Zresztą, to nie dotyczy przecież tylko osób nieśmiałych. Co prawda, pierwszy etap zauroczenia u tych “śmiałych” przebiega na niejednoznacznych próbach zwrócenia na siebie uwagi tej prześlicznej istoty. A co, jak istota niejednoznacznie mówi, że nie? Wtedy problem i zapewne kolejne próby: czasem bardziej, a czasem mniej śmiałe. Ale tak czy inaczej, czujesz się, jakbyś był nikim, prawda? I tak ciągle bezgranicznie oddany tej osobie, która nie chce. Więc dla siebie jesteś nikim. To boli, bo przecież każde zgniatanie boli.
I teraz bardzo ważny moment. Dać sobie spokój, czy nie (obawiam się, że tu wyjdzie mi coś na kształt poradnika, ratunku)? Tak naprawdę, nie wiem. To zależy od sytuacji, których jest tak dużo. Jeśli oboje jesteście nieśmiali to macie, że tak się wyrażę, przekichane. No, ale trzeba zaryzykować. Raz kozie śmierć. Najwyżej się przejedziecie i będzie lądowanie jak po stąpnięciu na skórkę banana na środku autostrady. Moim zdaniem zawsze warto próbować, raczej dla swojego dobra niż odwrotnie.
Inaczej się sprawa ma, kiedy się dobrze znacie, ale dalej nic. No cóż. Tu wyjścia bywają różne, o swoim się nie będę rozwodzić, ale masz dużą szansę. Bardzo dużą, bo skoro się przyjaźnicie to znaczy, że oboje naprawdę się lubicie, i to nie za wygląd, jak mniemam.
Najbardziej beznadziejna sytuacja ma miejsce, kiedy ten ktoś po prostu nie chce. Wiesz co, jeśli chodzisz zadurzony przez dziesięć lat nie znając tej osoby tak naprawdę (bo nie znasz jej i sorry, ale nikogo nie przekonasz o jej majestacie i tak dalej, skoro jej nie znasz i wszyscy wtajemniczeni o tym wiedzą oczywiście lepiej od ciebie), to mógłbyś przestać być ślepy, naiwny i głupi. I uparty, to najbardziej. Jak można tyle trwać w zauroczeniu? Ano można i do końca życia, ale to bez sensu. Tak, okrutna prawda ale trzeba z tym zerwać. Zerwać z samym sobą i ze swoim chorym światopoglądem. Bo takie coś jest chore. Proszę cię, to nie miłość twojego życia skoro nawet jej nie znasz. Takie rzeczy zdarzają się tylko w głupich romansach (w wakacje miałam nudę przeczytać taki, “Miłość w czasach zarazy”, nie za bardzo mogę polecić bo straszne głupoty), a nie w realnym życiu, które jednak jest obdarzone wielką mądrością (przez Tego, Który nim kieruje, jestem pewna). Więc proszę, skończ truć sobie życie dla własnego dobra. Nigdy nie znajdziesz prawdziwej miłości, żyjąc w zaślepieniu. I nie łudź się, bo to żałosne.
Piszę, bo ja od jakichś… zaraz. A, tak. Od niespełna ośmiu miesięcy (albo i nawet więcej? Po co liczyć…) nie jestem nikim. Właściwie pewnie od dłuższego czasu. I bardzo mi z tym dobrze, że znalazłam wybawienie tam, gdzie nie szukałam. Czyli tak, jak marzyłam. Wszystko jest tak, jak marzyłam. Nie pomagałam szczęściu, tylko na szczęście nie zaczęłam mu w żadnym momencie przeszkadzać. I niech to będzie wniosek. Daj marzeniom się spełniać i nie przeszkadzaj nadchodzącemu szczęściu bo spieprzysz wszystko. No, ładny akcent na koniec, ale tak mi spasowało.
Miłego!
PS. So get yourself somebody to love!
About this entry
You’re currently reading “You’re nobody till somebody loves you,” an entry on ***
- Opublikowano:
- 17/03/2009 / 19:29
- Kategoria:
- poprzemyśliwane
- Tagi:
No comments yet
Jump to comment form | rss komentarzy [?] | trackback uri [?]