ukochany, gdy nie ma Ciebie, nie istnieje świat

Włącz muzykę Chopina i przeczytaj.

Poszłam tam dzisiaj znowu. Zastanawiałam się, czy to aby nie zaszkodzi. Nie, stwierdziłam, że czuję się pusta. A wiesz, myślałam, że jestem szczęśliwa mimo, że znowu Cię nie ma. Że wreszcie zrozumiałam, że przecież gdzieś tam jesteś i mnie kochasz. Jednak kiedy wróciłam do domu z kościoła stwierdziłam, że nie. Nie zrozumiałam. Byłam otępiała i wyschnięta. Wzięłam aparat i poszłam się przewietrzyć.

Szukałam na śniegu śladów Twoich butów. Ciągle tam są.

Idę przez park. Jak ostatnia masochistka poszłam tam, gdzie jeszcze trzy godziny temu siedziałeś ze mną. Było ślicznie. Ale wiesz, jak to bolało? Każde miejsce jeszcze pachniało Tobą. Wszystko wyglądało tak samo, tylko Ciebie tam upracie nie było. I było tak smutno. Tak przejmująco smutno.

Próbowałam zrobić ładne zdjęcia. Wiesz co? Ani jedno mi nie wyszło. Chciałam Ci pokazać, jak to wszystko wygląda, kiedy Ciebie nie ma. Kiedy wokół majaczy widmo Twojej niedawnej obecności. Kiedy przełykam głupie łzy i maskuję te, które jednak wydostały się na zewnątrz. Wiesz, jakie jest najlepsze lekarstwo na brak Ciebie? Jeszcze większa samotność. W końcu zostałam tam sama.

Usiadłam na tym zimnym betonie przy śmiesznym herbacianym stoliczku. Śnieg wytopił się łukiem, było tylko trochę mokro. Już gałązki tego drzewa, co rośnie nad stoliczkiem i ławeczkami nie drapały mojego kapelusza. Siedziałam sama i patrzyłam na słońce, które po woli stacza się w stronę zachodu. Patrzyłam na ten sam widok, na który patrzyliśmy, siedząc w tym miejscu razem. Tego już było za wiele.

Wydaje mi się, jakbyś odszedł ode mnie na zawsze. Nie na tydzień. Ale wiesz, że co tydzień jest gorzej? Tak się wydaje, tylko tydzień. To wcale nie jeden tydzień. To tydzień i dwa dni razem, później następny i jeden dzień razem. I następny. I tak już szereg miesięcy. Przecież to wieczność…

I pomyśl tylko, jaka szczęśliwa byłam jeszcze parę godzin temu. Czułam Twoje ciepło i już nic nie mogło być lepiej. Nie potrafiłam myśleć o tym, że za chwilę już Cię pożegnam i nie będzie nic. Nie potrafiłam, bo wydawało mi się to nonsensem: skoro teraz jest tak dobrze, dlaczego za chwilę ma być inaczej…?

A jednak. A jednak, kochanie. Wróciłam tam i już nas nie było. Wszelka radość i intymność opuściła to miejsce. Było znów zaśmiecone i dostępne dla każdego. Znikł mi Twój śmiech. Pozostała cisza. Nawet kaczki odpłynęły. Tak, te kaczuszki, o których tak ślicznie mówiłeś. Już nie było ani jednej, ani jednej.

Z Tobą rzeczywistość jest lekka jak puch. Mogę zdawać maturę i inne głupstwa, nie będę się stresować. Z radością się będę uczyć. Wystarczy, że będziesz. Tymczasem Cię nie ma. Kiedyś myślałam, że to moje przeżywanie każdego rozstania jest coraz silniejsze z każdym tygodniem z powodu mojego świetnego napięcia przedmiesiączkowego. Jednak przyznasz sam, że co tydzień miesiączki mieć nie można.

Długo na Ciebie czekałam. Przynajmniej mnie się tak wydaje. I wydawało mi się, że nigdy nie spotka mnie wrażliwy chłopak, który przytuli, powie, że to nic, że przejdzie i ja mu uwierzę. I znów będę najszczęśliwsza na świecie. I znów uwierzę, że to dorobiazg, że dam radę, bo co to wszystko znaczy? I nigdy nie poczuję się opuszczona ani samotna. A tęsknota będzie przyjemnością…

Kupiłam te husteczki o głupim zapachu toksycznych rumianków. Co innego mi po Tobie zostało?

I pozbierałam ślady Twoich butów i przytuliłam do serca tworząc samej sobie złudzenie, że przytulam Ciebie. Co innego mi zostało?…


About this entry